O potrzebie zmian – warsztat i renowacja

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że prawdziwy warsztat pisarski rozpoczyna się od systematyczności i…. biurka. Poczułam głód zmian. Postanowiłam wykorzystać wiedzę w praktyce. Zakupiłam śnieżkę do drewna i metalu – matową, zapas papieru ściernego, jeden rozpuszczalnik, mały wałek i jeden płaski pędzel. Po dwóch wizytach w Obi – swoją drogą nie wiedziałam, że jest jakieś miejsce, w którym mogę robić wrażenie i Obi okazało się być idealną przestrzenią dla mnie- dwóch weekendach spędzonych na szlifowaniu, położeniu około sześciu warstw farby uzyskałam prawie idealne miejsce pracy. Kolejne tygodnie upływały już tylko na doczyszczaniu podłogi (źle uprzednio zabezpieczonej) i wietrzeniu.
Renowacja słowo dostojne i majestatyczne, posiadające aż trzydzieści dziewięć synonimów wiązało się z: zakwasami rąk i nóg, zawrotami głowy spowodowanymi ciężką fizyczną pracą i oparami rozpuszczalnika (jedno i drugie było mi obce), zdarciem ośmiu paznokci i bałaganem w dwóch pokojach. Prawdę mówiąc już w połowie przedsięwzięcia kiedy to okazało się, że o idealnym kryciu po pierwszym nałożeniu farby nie może być mowy, miałam ochotę rzucić tym wszystkim w cholerę. Jedynie instynkt samozachowawczy i sentyment przeplatane całą gamą wulgaryzmów trzymały mnie naprzemiennie w pionie i skłonie i pozwoliły dokończyć dzieła, którym teraz szczycę się, zapraszając gości od progu i dokonując prezentacji. Z dumą nadmieniam, że pierwszy post od bardzo dawna pisany jest przy odświeżonym sekretarzyku. Ach żeby tak na systematyczność znalazł się sposób… Chociaż po zasileniu domowej biblioteczki w nowości tematów powinno znów na jakiś czas wystarczyć.

p1030867

Po zmianie – wersja zamknięta czytaj tajemnicza

20160214_200407

Przed metamorfozą

p1030863

Drugie ujęcie wersja otwarta

p1030866

Zupełne przypadkowy najazd na urodzinowe nowości książkowe 🙂

20160215_210030

Przed renowacją ujęcie drugie wersji otwartej 🙂

Dzisiaj zawsze jutro nigdy fragment II

4488124371_c3530ebd92_b

Kolejna kostka czekolady złagodziła myśl o bezsensie postanowień i rzeczywistości. Jeśli wszystkie izmy są szkodliwe i niebezpieczne to szczególnie niebezpieczny jest subiektywizm. Wszelkie subiektywne (od)czucia. Unicestwić.
Co do (o)pozycji ich długości ekliptyczne różnią się o 180 stopni. Najlepsze warunki do obserwacji po osłonecznionej stronie. Tymczasem ona pozostałe zacieniona, zaciemniona, chwilami zupełnie zamroczona. Taki układ. Taka konstelacja uczuć symbolicznie połączonych. A co tam. On żył chwilą ona (z)łudzeniem. Miłość jest ulotna i czasem nie dolatuje.
I czy wszystko musi być zaraz takie uczuciowe? Nazwane? Przyporządkowane? Przecież nie od dziś wiadomo, że stabilizacja właśnie grozi rozpadem. Jej pesymizm. Zawsze niezawodny. To właśnie optymistyczne podejście przysparza wszelkich rozczarowań. On może nawet spotyka się z jedną z tych kobiet IDEALNYCH. A jedynym wysokokalorycznym produktem, używanym przez Idealną jest tusz do rzęs (dwa tysiące kalorii). Inne pogrubienie nie wchodzi w grę.
Boże, nie ma nic gorszego niż syndrom Ofelii — jeszcze długo będę leżeć w sieci wodorostów, zanim zrozumiem, że mnie nie kochano po prostu.
I na co to wszystko? Kolejna kostka czekolady zapita łykiem czerwonego wina. Telefon leży chłodny i milczący. On już nie zadzwoni. Zresztą kto by tam zauważył kilka łez na tapicerce. Jej smutek jej sprawa. Matce też nic nie powie. Wie, czego może się spodziewać: sama tego chciałaś, mogłaś przewidzieć. Koleżanki też odpadają. Zaczną jej wmawiać, że i tak jest wielką szczęściarą. Czym jest samotność wobec zmiany pieluch i codziennych obowiązków. Ona przecież ma ten luksus, że może tu sobie siedzieć i płakać, a nie musi mieszać w garach. Może Asia? Z nią jedną kontakt był dobry. Jednak trzeba byłoby od początku. I zaczęłoby się: P.?! Jaki P.? Kim jest P.? Ile ma wzrostu i jak się poznaliście?
I zaczyna się babranie w ciemnych odmętach myśli, snucie nierealnych wizji, fantasmagoria kobieca stosowana. Kolejny łyk, bo tabliczka czekolady dobiegła końca. Wszystko kiedyś się kończy, a czas działa zawsze na niekorzyść kobiety, pomyślała, przechylając butelkę w taki sposób, żeby nie uronić ani kropli. Tymczasem łzy jakoś nie chciały już płynąć. Postanowiła sobie pomóc, stosując technikę naprzemienną — odrywanie starego strupa, żeby sprawdzić, czy coś pod nim nie zostało i bieżące porażki. Poskutkowało. Oczy zaczęły piec. Podeszła do lustra. Chwilę przyglądała się czarnym strugom, tworzącym finezyjny szlak porażki na jej policzkach. Starannie wytarła wacikiem twarz. Poszła do kuchni i postanowiła, że zaparzy sobie czystek. Bo czystek jest najlepszy na wszystko i wszystko (prze)czyści. Chwilę sobie ubliżała, że jest tak niezdecydowana, jeśli chodzi o wybranie jakiegokolwiek wariantu życiowego: singielka czy może kandydatka na żonę, popijająca wino czy spożywająca czystek, kobieta silna czy pogrążona w nieprzemijającej melancholii.
Woda zdążyła się zagotować, a jej myśli przeskoczyły już na inne tory. Przez pięć lat nie znalazła odpowiedzi, więc jeszcze jeden wieczór się obejdzie bez tej wiedzy. Usiadła w fotelu z kubkiem gorącego naparu, czekając cierpliwie na wschód słońca.

Dzisiaj zawsze jutro nigdy – fragment

P. pokrzyżował jej plany. Wcale nie dlatego, że z nią zerwał, ani nie dlatego, że musiała wyartykułować to za niego. Nawet nie dlatego, że w ogóle razem nie byli, a ona dowiedziała się o tym na końcu. P. pokrzyżował jej plany, bo nie mogła już spotkać się z Kejt. Zasłabła.
Każda historia nawet najbardziej idiotyczna ma swój początek. Tak było z nią i P. Właściwie trudno było wyznaczyć tu jakiś początek. Po prostu była z P. zwyczajnie szczęśliwa. Nie musiała tropić się o różne rzeczy ani przesadnie zaprzątać sobie głowy swoim wizerunkiem (tym jak wygląda na tle innych). To nie było ważne. Czuła się dobrze, czuła się sobą i dobrze jej z tym było razem i osobno. Miała świetne samopoczucie, sukcesy w pracy, nawet włosy same się układały. Trwało to jakiś czas. Wybierała się do Kejt jak sójka za morze, ale za to z dobrymi wiadomościami.
Wyobrażała sobie jak usiądą przy szarlotce na ciepło z lodami, wszystko będzie sobie stygło, lody zamienią się w breję, a one na trzy cztery będą mówić jednocześnie jakie są szczęśliwe, bo wszystko się zaczęło układać. Nawet włosy. Ale nie! Chciała, żeby Kejt chociaż raz w życiu nie musiała się o nią martwić, chciała jej powiedzieć: Kejt jestem szczęśliwa i cieszę się, że Ty też jesteś. – Po tym miały paść sobie w ramiona, zjeść szarlotkę i narzekać tylko na to, że pójdzie im w biodra, bo problem włosów rozwiązał się sam. Ale nie!
P. zaczął nawalać jakiś czas wcześniej. Może nie on sam z siebie, może jakaś część w nim. Kto to może wiedzieć? W każdym razie przestała go obchodzić, a co gorsza zaczęła go drażnić. Wpadła przez to w błędne koło, bo rzeczywiście stała się upierdliwa dla wszystkich, a najbardziej dla samej siebie. Dalej już poszło. Równia pochyła. Każda z nas z na ten moment, w którym trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i POROZMAWIAĆ. Mężczyźni kochają nas za to, bo odwalamy za nich najgorszą robotę.
Tak było z nią. Dochodziła trzecia w nocy, czekała aż zjadą z autostrady i będą bliżej domu. Po pierwsze była rozsądna i nie chciała spowodować wypadku, po drugie chciała mieć możliwie jak najkrótszy dystans do przejścia, kiedy będzie już PO.
Zdziwiła się,  że P. zwyczajnie jej powiedział, że nie jest jedyną dziewczyną w jego życiu. Zaczęła się zastanawiać jak to kurwa możliwe. Nie jest aż tak przystojny, dużo pracuje, kiedy ma czas? Być może chciał również w ostatniej scenie odegrać Amanta, że niby to zawsze jakaś łania wpada w sidła. Nieważne. Powiedziała coś w stylu: „szkoda, że trafiam tylko na takich mężczyzn, którzy nie potrafią się na mnie zdecydować”.
„Nie jest problemem się na ciebie zdecydować. Ty po prostu nie chcesz kogoś takiego poznać”- odpowiedział. Najpierw pomyślała, że wypierdolił jak z armaty, potem, że być może coś w tym jest, na końcu dopiero uświadomiła sobie, że właśnie zaczął ją unieszczęśliwiać. Dalej było tylko gorzej. Powiedział, że nie chce się angażować, bo ma na to jeszcze czas. Roześmiała się w duchu. Był prawie dziesięć lat starszy, ale w swoim mniemaniu nadal miał czas. Ciekawe. Potem ją po prostu zdenerwował. Tłumaczył, że monogamia nie jest dla niego i ona musiałaby to po prostu zaakceptować. Wkurzyła się. Bo niby dlaczego on nie mógłby zaakceptować tego, że dla niej wszystko ma znaczenie… Chyba liczył na to, że dalej będzie normalnie. Normalnie z jego punktu widzenia, że ona zaakceptuje i nie będzie robić dramatu. Coś, co nie miało początku nie może mieć i końca. Logiczne prawda? Chyba trochę zdziwił się, że tak nie będzie, bo dla niej to jest nie do przyjęcia. I jak on w ogóle śmie po czymś takim przyjeżdżać do dziewczyny takiej jak ONA? Zdziwiła się jego zdziwieniem, bo to przecież on zaszczepił w niej to poczucie wyjątkowości. I chwilę rzeczywiście tak było. Przyglądał się jej w milczeniu, kiedy już zaparkowali. Łzy spływały jej po policzkach. Nie trwało to długo. Zabrała szybko torbę. Płaszcza nie zakładała na siebie. Wysiadła z samochodu, zapominając, że powinna wysunąć obie nogi złączone. Nie pożegnała się, nie podziękowała za odwiezienie. Co za brak manier. Pierdolić to. Na szczęście jej osobista przestrzeń nie była nim naznaczona. Reszta nocy jakoś minęła. Kilka godzin później zasłabła w pracy. Podobno osunęła się przed głównymi drzwiami. Ktoś podał wody. Samego powrotu do domu nie pamiętała. Musiała odwołać spotkanie z Kejt i wtedy dopiero rozpłakała się na dobre. P. pokrzyżował jej wszystkie plany.

O natłoku myśli na „Zielonej wyspie”

maxresdefault

Ostrzeżenie
Uwaga! Odkładanie tej książki z niedokończonym rozdziałem może silnie zagrażać ciekawości i zachwiać wewnętrznym spokojem! Przed rozpoczęciem czytania należy złożyć wniosek urlopowy. Stanowczo domagam się, aby takie ostrzeżenie było dołączone do książki Igora Ostachowicza.

W pierwszej osobie jakoś się nie widzę
„Bywa, że jestem miła i kłamię. Efekty nie powalają, za to potem czuję się dziwnie. Umiem robić zakupy i odpowiadać na pytania. Mam swój profil i tak dalej. (…) Nikt mnie o nic ciekawego nie pyta, a ja nie daję ciekawych odpowiedzi. Czasem jeszcze próbuję, kiedy nie ma zbyt wielu świadków. Powinnam się wbić paznokciami w rzeczywistość i trzymać. Z całej siły. Tylko jak ją złapać? Tymczasem pieką mnie oczy, mimo że mam okulary z filtrem. Ciągle coś czytam, ale nie wiem co z tym dalej robić. Najczęściej zapominam, jeśli już coś zapamiętam, to potem udaję, że sama wymyśliłam. Trochę nieładnie, ale wszyscy tak robią. Chodzę do pracy, do kina, do sklepów. Używam lekarstw, marzeń, terapii. Będę pisać w trzeciej osobie. Dlaczego? Bo w pierwszej się jakoś nie widzę.” To Magda. Kobieta lat 27 na życiowym zakręcie. Trafia do rajskiego zakątka — tytułowej Zielonej Wyspy. Podobno to najlepsze miejsce dla par myślących o potomstwie i ludzi pragnących wyciszenia. Jest tylko ona i jej myśli. Nie ma nikogo i niczego poza nią. Nawet ptaki tu nie lądują tylko zmierzają prosto do celu. Idealnie. Niewinnie. Zielono. Do czasu.
Magda zanurza się w swoich myślach, analizuje dotychczasowe życie w małżeństwie i wybory lub braki odpowiednich wyborów. Spokojnie! Nie ma tutaj nudnych, przydługich wywodów. Pewnego wieczoru kobieta podczas kąpieli zauważa podglądającego ją mężczyznę.

Jaka noc taki dzień…
Skąd wziął się mężczyzna na bezludnej wyspie? Zabarykadowana kobieta uzbrojona w wiatrówkę (przypadkiem?) znajdującą się na wyposażeniu domu szykuje linię obrony. Nie chce tu przedstawiciela gatunku ludzkiego. Może jej się przywidziało? Może znowu przesadziła z tabletkami nasennymi?

Jaki dzień taka noc..
Nie, nie przywidziało się jej. Nie ma omamów. Niezaprzeczalnym jest fakt, że na bezludnej wyspie nie jest sama i ma ogromną ochotę złożyć reklamację do biura podróży za niedotrzymanie standardów i obietnic.

Zaburzona czasoprzestrzeń
Myli się każdy, kto przypuszcza, że fabuła sprowadzi się do płomiennego romansu. Akcja  przyspiesza. Tajemniczy mężczyzna wkracza do intymnej przestrzeni Magdy. Dzieli z nią jej domek i wkrada się do jej myśli. Z każdą stroną robi się ciekawiej. Nie brakuje też psychodelicznego klimatu — Magda robi mieszanki z lekarstw.- Znajduje rzeczy pozostawione przypadkiem w różnych miejscach — jeden kobiecy but przed urwiskiem. Wszystko poskładane razem zaczyna dawać jej do myślenia. A jeśli jest w niebezpieczeństwie? Kim jest tajemniczy mężczyzna? Kto go sprowadził i w jakim celu? Decyduje się na szereg działań, których nie opiszę, żeby nie zepsuć niespodzianki czytania. Jednak po zamknięciu książki nasuwa mi się poniższy cytat:
„Chyba nie ma na tym świecie nic bardziej przerażającego dla człowieka niż on sam. Nie uważacie?” H. Murakami

O esach i floresach w Tajemnym Ogrodzie

P1030754

Poza linią wyobraźni

Ostatnio napadła mnie chęć artystycznego wyżycia się. Jednak nie miałam odwagi na szkice czy malowanie, bo uświadomiłabym sobie jedynie swój ogromny antytalent. Gdzieś mignęły mi kolorowanki dla dorosłych, nazywane kolorowym treningiem antystresowym. Zakupiłam razem z paczką kredek z pewną dozą niedowierzania. Nie sądziłam, że to zajęcie tak przypadnie mi do gustu. Jako dziecko nie znosiłam kolorowanek. Nie tyle samej czynności kolorowania, ile wysłuchiwania komentarzy „znowu wyjechałaś za linię”. Jedyną linią, za którą obecnie wyjeżdżam, to linia mojej wyobraźni. Wzory są niezwykłe. Powiedziałabym magiczne.

P1030755

Barwne wieczory
Najbardziej lubię to zajęcie przed snem, po stresującym dniu. Prawdopodobieństwo koszmarów o pracy zmniejsza się o połowę. Pod powiekami zostają mi regularne linie wzorów do wypełnienia. Poza tym ogromną frajdę sprawia mi zabawa kolorami. Sprawdzanie jakie barwy dobrze współgrają z innymi. Przyda się taka wiedza do wiosennego malowania ścian.

P1030756

Zaproszenie do Tajemnego Ogrodu
Tajemny ogród pozwala oderwać się na chwilę od rzeczywistości, zająć myśli i miło spędzić kilka chwil wolnego czasu. Jeden wzór można wypełniać nawet kilka wieczorów. Ta niezwykła książka może umilić długie zimowe wieczory, których akurat nie mamy ochoty spędzać poza domem. Sposób i forma wypełniania pozostawiają duże pole dla wyobraźni i dowolności. Ucieszą się wszyscy, którzy nie lubią odtwórczych zajęć i narzucanych form. Oczywiście w książce znajdziemy kilka propozycji dla zrealizowania swoich twórczych potrzeb, ale wiele kartek jest przeznaczonych tylko dla nas i naszej wyobraźni. Idealny pomysł na prezent dla bliskiej osoby lub sprawienie radości samemu sobie zupełnie bez okazji.
W Tajemnym Ogrodzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można tu spędzić czas samemu lub z bliską osobą. Zwłaszcza dzieci z wielką frajdą będą odgadywać zagadki, szukać ukrytych skarbów i przechodzić labirynty. Któż ma większą wyobraźnię niż one? A jeśli i Ty chcesz poczuć się jak dziecko, to też nic nie stoi na przeszkodzie…

A niebawem pojawią się nowości…

P1030757P1030758

O pięćdziesięciu twarzach samotności i piątkowym wieczorze, czyli jak postanowiłam ulać trochę jadu…(Znowu)

cropped-5764547316_b8bec24a4c_b.jpg

Ja jako piętnastolatka zaczytywałam się w książkach Musierowiczowej, ale to było prawie dwanaście lat temu, więc chyba nie ma co tego porównywać. Zupełnie inne czasy. Patrzę na moją młodszą kuzynkę, która zakłada jedną smukłą nogę na drugą, co daje naprawdę ładny efekt, a z zamyślenia nad jej budzącą się kobiecością wyrywa mnie głos jej matki „wiesz, ostatecznie woleliśmy, żeby to sobie wyobraziła niż oglądała na wielkim ekranie” Takie wspomnienie z wakacji stanęło mi przed oczami gdy moja koleżanka z pracy powiedziała:
-Napij się wina, obejrzyj sobie jakiś film i przestań o tym wszystkim myśleć.
Jadąc do domu zastanawiałam się nad kupnem wina i filmem, który zobaczę. Nie przeczytałam książki (znów jestem do tyłu z lekturą) więc postanowiłam obejrzeć „50 twarzy”. Ostatecznie wolę jednak obejrzeć film niż czytać książkę, chociaż kto wie czy kiedyś nie najdzie mnie ochota i na to.

Odcienie szarości…
Gray to „ideał” faceta. Spójrzcie tylko jak on wygląda. Do tego wszystko ma poukładane od szuflady z krawatami począwszy na rytmie dnia skończywszy. Nawet plan na podryw Anastazji ma perfekcyjnie opracowany. Gray ma własny biznes, prowadzi samolot, prawy sierpowy ma zupełnie niezły i zna się na literaturze! Do tego lubi niepozorne dziewczyny, więc daje mi to nadzieję, że jemu też mogłabym się spodobać. Po prostu fantastycznie. Oglądałam film w wielkim skupieniu (jakkolwiek to brzmi, mam to gdzieś, to mój blog i jeszcze bardziej mój wpis, nie chcesz to po prostu nie czytaj). Wracając do tematu oglądałam w wielkim skupieniu, bo ten film oddaje idiotyzm relacji damsko-męskich. Idealnie pokazuje, misterium podrywu i perwersyjną ignorancję uczuć. Oni w ogóle nie wiedzą czy coś do siebie czują. Co nimi kieruje: ciekawość, pożądanie, chemia? A kto to może wiedzieć? I to udawanie obojętności, bo przecież króliczka trzeba nieustannie gonić. Masakra chciałoby się rzec. Parskam śmiechem jak na Anastazję działa tekst „chciałbym cię rżnąć aż do środy” zaraz po poprzedniej scenie, w której deklarowała, że jest romantyczką. Ale może gdyby taki Gray powiedział to bezpośrednio do mnie też uznałabym to za romantyczne. Kto to może wiedzieć? Jestem przecież kobietą. Samą siebie trudno mi czasem rozgryźć.

I szczypta koloru…
Ten film łopatologicznie wytłumaczył mi pewne zachowania mężczyzn i ich podejście do szeroko rozumianych uczuć. I typowy błąd kobiet, że bardziej zacieśniona relacja coś w nim zmieni, coś w nim pęknie i będzie pięknie. Nie zmieni się nic. Chyba, że będą chęci. Ale dążenie do tego, żeby się u kogoś pojawiły, działając wbrew sobie… Smutne. Tak, ten film wkładam do zakładki z napisem smutne. Kobieca naiwność na granicy absurdu. Dobrze, że oglądam na małym ekranie, to nie kłuje aż tak w oczy. Pokazane są odmienne, no dobra, chwilami daleko odmienne priorytety bohaterów. I bariera chociaż niewidzialna to i tak wysokiego napięcia, dająca do zrozumienia: ” czegokolwiek nie zrobisz i na cokolwiek się nie zgodzisz i tak nie wejdziesz do mojego świata. Nie dopuszczę cię”.

Po chwilowym rozbłysku wracamy do punktu wyjścia. I scena, którą aż za dobrze znam. Jego życie wskakuje na dawne tory, a ona kompletnie wytrącona leży zwinięta i płacze. A przecież każda z nas dobrze wie, że nawet niewielka ilość chlorku sodu bardzo podrażnia cerę. Czy to jest tego warte? Zaraz, zaraz, uprzedzałam, że uleję jadu, prawda?
Bardzo żałuję, że ten film nie kończy się inaczej. I nie mam tu wcale na myśli wielkiego ślubu, ani nawet małej skromnej uroczystości. Zamiast widoku leżącej, zapłakanej kobiety… Widziałabym jak nakłada róż na policzki (szczypta koloru do wszechobecnej szarości) uśmiecha się do siebie i wychodzi w sobie znanym tylko celu. Wraca na swoje tory. Dlaczego tylko mężczyźni mają mieć taką możliwość? Te nasze hormony komplikują życie nawet nam samym. Wychodzi na to, że flirty i romanse są dla ludzi o mocnych nerwach. Ta udawana ignorancja i emocjonalna sinusoida, euforia, nostalgia, góra, dół. Dla pozostałych (w tym dla mnie) pozostaje paczka „czipsów” i możliwość naciskania play i stop w dowolnych momentach. A przede wszystkim bezcenny spokój.

O sztuce po(d)rywania, codzienności i oczekiwaniach

cropped-12996859345_23d67b94c1_k1.jpg

Podobno nikt nie może nikogo porwać do gniewu. Podobno do gniewu i złości można porwać się samemu. Podobno. Można też z ataku szału aż poderwać… się z miejsca.

Ta historia wydarzyła się naprawdę…
Niegdyś w moim życiu aż roiło się od przypadków natury dziwnej. Niemal zawsze, kiedy opowiadałam później owo dziwadło znajomym padało pytanie „naaaprawdę” z charakterystycznie dla zdziwienia przeciągniętą samogłoską „a”.
Z czasem jednak moje życie przybrało spokojną postać. Dni odmierzane wschodami i zachodami słońca, wyjściem i powrotem, czwartkową zupą pomidorową, przeczytaną książką. Jako osoba lubiąca rytuały przyjęłam ten dobrobyt powtarzalności wręcz z rozkoszą. Czasami jakieś zdarzenie wyrywało mnie na krótko z letargu tak dla przyzwoitości. Szybko jednak wskakiwałam na utarty szlak codziennych przyzwyczajeń. Myślałam, że pewne wydarzenia, które można potem wrzucić do przegródki „rzadko spotykane” lub z cyku „śmieszne i straszne”, które opowiada się jako anegdotki przy lampce wina mam już za sobą. Myliłam się.

Od rzeczy…
Czwartkowy ciemny, zimowy poranek. Dzień, w którym nie mam absolutnie ochoty na rozmowę. Godzina 6.30. Zbyt wczesna pora nawet dla takiego gadulca pospolitego, jakim jestem. Jestem nieco rozzłoszczona z powodu spóźnionego autobusu, który uniemożliwił mi przesiadkę. Przybieram smutną minę dla przyzwoitości raczej. Tak naprawdę przez głowę przemknęła mi myśl: nie będę biegła, jeszcze się spocę i przeziębię, z powodu braku kondycji nie dobiegnę, a za dziesięć minut nadjedzie drugi. Autobus nie mężczyzna, zaraz pojawi się kolejny. I tutaj smutne „ha ha ha”. Cóż to? Autobus zwalnia i zatrzymuje się na końcu zatoczki. Raczej nie powstrzymała go moja siła woli. Wsiadam. Machinalnie odbijam dyskietkę i już mam zająć ulubione miejsce (z prawej strony przy oknie) i zatopić się w swoim zawiłym sposobie myślenia, kiedy nagle….
-To dzięki mnie wsiadła pani do autobusu. To ja go zatrzymałem. Cześć, jestem Grześ.
I już nie siedzę sama, bo obok mnie mości sobie miejsce Grześ, nie pytając o pozwolenie, bo logiczne jest, że skoro zatrzymał autobus, to mu wolno. Bąkam coś w stylu dziękuję bardzo, to naprawdę miłe i nawiązuję kontakt wzrokowy z przesuwającym się krajobrazem za oknem, który za jakieś dwadzieścia minut zacznie się rozjaśniać, prezentując dwadzieścia odcieni szarości.

Przepis na (u)czucie
-Ja po prostu nie mogę się powstrzymać, widząc tak piękną kobietę. Jesteś może studentką? W tamtym tygodniu się czegoś uczyłaś.
Stop! Stop! Zapala mi się czerwona lampka. Czy to już podryw, czy tylko pogawędka dla zabicia czasu smętnej podróży dookoła miasta?
Delikatnie na wszelki wypadek przybieram taktykę odstraszenia, tłumacząc, że efekt owej atrakcyjności uzyskałam dzięki ciężkiej pracy Maxa Factora i serii jego produktów oraz już dawno przestałam być studentką i coś mi się wydaje, że jestem znacznie starsza od niego. Najpierw się spiera, że nie może być, potem, że absolutnie mu to nie przeszkadza. No tak, teoria niedostępności. Nieustraszony Grześ zaczyna mi opowiadać o sobie i o swojej pracy. Wie też gdzie mieszkam, bo codziennie przecież tu wsiadam. Nagle zaczynam się bać. Dalej jest tylko gorzej. Proponuje mi wieczorny spacer, potem kąpiel z płatkami róż, mimochodem dodaje, że dziś dostał wypłatę i niebawem kupi samochód. Zaznacza też, że jest piekarzem i ma wyrobione dłonie. Więc mógłby…. No nie! Dość. Ja rozumiem: zatrzymanie autobusu plus pięć punktów, podejście do nieznajomej i zagadanie plus dwadzieścia, ale to? Skandal!
-Czy ja wyglądam na kawałek ciasta, który trzeba wyrobić? – pytam wzburzona. Jest kwadrans przed siódmą, a ten z takimi propozycjami. Człowiek nawet oczu dobrze nie otworzył. I nagle patrzę i oczom nie wierzę. Skoro jest taki zauroczony jego źrenice powinny być raczej rozszerzone. Tymczasem są zwężone, a on sam jest dziwnie pobudzony jak na kogoś, kto miał ciężką nockę w piekarni.
-Słuchaj Grześ, dziękuję za autobus i propozycję, ale powinieneś poszukać sobie innej koleżanki.

I to już koniec?
Grześ wysiada na następnym przystanku, a ja się pytam, czy to już koniec? Tylko tego mogę się spodziewać? Tylko tacy będą nieudolnie próbować zdobyć moje… Nie, na pewno nie chodziło mu o moje uczucie. Oto odpowiedź, dlaczego czasami, zamiast iść na randkę wolę zostać w domu i obejrzeć Dirty Dancing (znowu!) oczywiście starą wersję.
Następnego dnia jest mi trochę źle. Bo co by tu nie mówić zaimponował mi dobiegnięciem do autobusu i odwagą. Fakt wyszło fatalnie, ale jednak. Tymczasem Grześ mija mnie z totalną i wyrazistą (typową dla mężczyzn) ignorancją. Następnie nastawia w komórce dzwonek i udaje, że rozmawia przez telefon, ostentacyjnie odwracając się tyłem. Tak, to już koniec.

O postanowieniach noworocznych, słabej silnej woli i dotrzymywaniu słowa samemu sobie

P1030718

(Nie)chęć do działania…
Początek roku to zawsze czas wielkich oczekiwań, obietnic i postanowień. Czy chcę tego, czy nie to czas zmian. Bez względu na mój osobisty sprzeciw stary rok skończył się z wielkim hukiem, żeby niepostrzeżenie mogło pojawić się coś nowego. Co roku mówię sobie, że nie ma nic gorszego niż tzw. Noworoczne postanowienia, ponieważ nigdy nie udało mi się żadnego spełnić. Tak przynajmniej mi się wydawało, aż do dzisiejszego popołudnia…
Szukając czegoś w szafce, natknęłam się na mały niepozorny, niebieski notesik. Nigdy nie znajduję tego, czego szukam. Myślę, że to przez to, że po drodze znajduję coś innego i zapominam już o głównym celu. Tak było i tym razem, chociaż nie tak do końca. Na pierwszej stronie był napis „Plan na wczoraj, dziś i jutro”. Nie pamiętam, o czym wtedy myślałam, ale charakter pisma nie pozostawiał wątpliwości, że byłam autorką tego wyzwania. „Główna zasada-nie zniechęcaj się nikim i niczym” – napis na drugiej stronie. Dalej było jeszcze ciekawiej. Wypisałam sobie listę celów, które chciałam wtedy zrealizować. Byłam niezwykle szczodra, ponieważ dałam sobie na ich realizację 2 lata. Chciałam zdać prawo jazdy, rozpocząć dowolny kurs językowy, znaleźć pracę, zrobić kurs podnoszący kwalifikacje, zapisać się na tańce, regularnie uprawiać sport, schudnąć pięć kilogramów, przestać odczuwać samotność i … założyć bloga.

P1030721

Po prawej stronie zrobiłam kolorowe fiszki i przy każdym zadaniu wypisywałam mniejsze zadania, które pomogą mi zrealizować główny cel, np. zanotowałam terminy kursów, adresy szkół językowych, wypisałam potencjalne miejsca pracy, w których mogłabym się realizować, sposoby na zmianę diety i tak dalej.
Sztuka zapominania…
Po jakimś czasie zapomniałam o notesie. Po pierwsze od tamtego dnia minęły z dzisiejszą datą trzy lata, a po drugie jako osoba uzależniona od artykułów papierniczych zasypałam niebieski notes innymi sprawami. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że zrealizowałam większość zadań! Niektóre cele zmodyfikowałam nie mogłam zapisać się na tańce, ponieważ nie miałam osoby towarzyszącej, więc zrobiłam kurs samoobrony (paradoksalnie tutaj nie trzeba mieć partnera) Inne cele zrealizowały się razem z innymi np. te związane z pracą i rozwojem osobistym. Chwilę zastanawiałam się jak tego dokonałam. W mojej rodzinie słynę ze słabej silnej woli. Moja motywacja jest bardzo duża do pierwszej porażki. Szybko rozwiązałam tę zagadkę. Otóż zapomniałam o niebieskim notesie i zadaniach. Realizowałam swoje plany, większe i mniejsze zachcianki, ale nie myślałam o nich jako o „zadaniu do wykonania”. Na początku odhaczałam zadania z listy, a później nie, co potwierdza moje przypuszczenie o zapomnieniu. W tym wypadku skleroza wyszła mi na dobre.
W 2015 zdążyłam jeszcze zapisać się do szkoły językowej. W tym tygodniu szczęśliwie rozpoczęłam drugi semestr. Zostało mi ostatnie wyzwanie, które pozostanie chyba w sferze marzeń, bo zwyczajnie brakuje mi odwagi na jego spełnienie, chociaż kto wie, może jak znów się zapomnę to za jakiś czas dowiem się, że zrealizowałam stary plan już jakiś czas temu. I wbrew temu, że nie ma nic gorszego niż postanowienia noworoczne to stworzę kolejną listę na ten rok. Dlaczego nie dać samej sobie powodu do miłego zaskoczenia?

O tym jak łatwo można wypaść z torów… „Dziewczyna z pociągu”

P1030715

Mam dziwne i nieodparte wrażenie, że jestem ostatnią osobą na świecie, która przeczytała tę książkę. Gdyby jednak był jeszcze ktoś, kto (w co wątpię) się zastanawia to….


„Tak wygląda moje życie – brudne, niechlujne i małe. Nie do pozazdroszczenia”
Na początku poznaję Rachel. Wzbudza we mnie szereg uczuć. No dobra, przyznam się. Wzbudza we mnie litość, ale tylko przez moment. Rachel straciła pracę i całe swoje dotychczasowe życie. Narasta w niej smutek, złość i frustracja. Czuje się niepotrzebna, samotna i żałosna. Żyje z dnia na dzień, odtwarzając w swojej głowie film porażek z sobą w roli głównej. Coraz częściej zagląda do kieliszka. Właściwie to rzadko trafia się dzień, w którym nie spożywałaby czegoś mocniejszego. Niebezpiecznie balansuje na granicy tzw. marginesu społecznego. Ludzie, z którymi jeździ pociągiem, zaczynają dziwnie się jej przyglądać. Kobiecie towarzyszy silne poczucie wstydu przed sobą i swoją współlokatorką. Nie chce przyznać się, że została zwolniona dlatego codziennie przemierza pociągiem stałą trasę do dawnej pracy i dawnego życia. A kiedy pociąg jak zwykle zatrzymuje się przed semaforem zagląda na osiedle domków jednorodzinnych, na którym kiedyś mieszkała. Snuje opowieści o życiu pewnej pary, która zwykle o tej porze jest na tarasie. W jej wyobraźni stanowią idealny duet.

„Nie ma nic bardziej bolesnego i destrukcyjnego niż podejrzliwość”
Pewnego poranka zauważa coś niezwykłego. Kobieta jest z innym mężczyzną. Całują się. Wkrótce Rachel trafia na informację o zaginięciu Megan Hipwell — na zdjęciu jest kobieta, którą Rachel widywała z okna pociągu. Rachel decyduje się na pewien krok. I tu moje uczucie litości przekształca się w podziw. Postanawia prowadzić swoje wewnętrzne śledztwo, a trop doprowadza ją do centrum wydarzeń życia na przedmieściach, które dalekie jest od ideału.

„To czysty surrealizm. Wiruje mi w głowie, jakbym to śniła”
Dla bohaterki to jedyna szansa, żeby ponownie zasmakować dawnego życia i poznać prawdziwe życie ludzi, o których do niedawna snuła jedynie opowieści.
Czy rzeczywiście istnieje doskonałe życie, a w nim zbrodnia doskonała? O ile w ogóle do takiej doszło? Niezwykle wartka i porywająca fabuła, która niebezpiecznie wciąga i prowokuje. W pewnym momencie mam wrażenie, że stoję zaraz za Rachel w odurzająco wręcz zdezynfekowanej kuchni i za chwilę znajdę skazę, paproch, dowód. Cokolwiek. Być może ona sama nie jest bez winy? Nie wiem tylko w jaki sposób mogłaby przyczynić się do zaginięcia Megan. Nie wie tego nawet sama Rachel. Chyba że coś ukrywa. Przede mną i przed sobą. A może ma jakiś powód, dla którego tak angażuje się w tę sprawę? Może to coś więcej niż chęć posiadania celu?
Po drugiej stronie torów niczym po drugiej stronie lustra mieszka Anna. W odwróconym świecie ma wszystko, o czym Marzy Rachel i wszystko, co straciła. Mieszka w jej domu z jej byłym mężem…

Każdy ma swoją tajemnicę, powód do ucieczki, odcięcia od świata. Czasem jest to tak przytłaczające, że najlepszym rozwiązaniem jest po prostu zniknąć.

(Od)czytując dziewczynę…
Jednak na chłodno po zamknięciu książki odnoszę wrażenie, że to bajka dla dużych dziewczynek z kryminalną zagadką w tle. Świetnie napisana! Nie brakuje zwrotów akcji i elementów zaskoczenia. Nie bez powodu Stephen King nie spał całą noc, czytając tę książkę (tak jak ja) Jednak to bajka o kilku kobietach ich uczuciach, wyborach, złych wyborach, o angażowaniu się kobiet i braku zaangażowania ze strony mężczyzn, o naszym przewrotnym sposobie myślenia, który wbrew temu, co twierdzą mężczyźni ma ciąg przyczynowo-skutkowy. O rolach kobiety…naszym rzekomym powołaniu do małżeństwa i rodzenia dzieci. O tym, jak kobiety, które nie spełniają tych „wymogów” pozbawiane są atrybutów kobiecości stopniowo, ale jednak skutecznie, przesuwane za jakąś niewidzialną granicę. Wypadają z toru, wypadają z obiegu. A wtedy pozostaje jedynie spoglądać za szyby okien pociągu lub sięgnąć po dobrą książkę. Każdy sposób jest dobry, żeby choć na chwilę wyjść ze swojego życia, obejrzeć z zewnątrz i po chwili szczęśliwie wrócić.

„Nie mogę się doczekać…” O szybkim robieniu zakupów książkowych

20151122_175752

Dwa tygodnie temu przebiegałam przez rynek, gubiąc myśli w pośpiechu  i zapominając o wszystkim, o czym miałam pamiętać. Zwabił mnie jednak zapach świeżutkich książek wystawionych na ekspozycji przed uroczą księgarnią. Nie mogłam się oprzeć (no bo jak) i wstąpiłam. Chociaż na chwilę czas się dla mnie zatrzymał. A nawet cofnął. Znów poczułam się jak beztroska studentka buszująca między regałami w poszukiwaniu przygód literackich. Każdy podszept dotyczący kupna książki jest uzasadniony. Mój był w pełni usprawiedliwiony — potrzebowałam prezentu.
„Nie mogę się doczekać”  brzmiał tytuł. Otworzyłam książkę w zupełnie nieuzasadnionym miejscu, przeczytałam jedno wyrywkowe zdanie i ukradkiem wsadziłam nos do środka. Nie potrafię się tego oduczyć. Przepraszam wszystkich, którym wydaje się to niesmaczne, niestosowne czy wręcz niehigieniczne. Naprawdę z tym walczę. Myśl o tytule książki leżącej swobodnie w torbie pojawiała się w mojej głowie co jakiś czas. Ja też nie mogłam się doczekać, żeby ją przeczytać. Kolejny zły nawyk. Czytam książkę, zanim ją komuś podaruję. To trochę jakby jakiś czas chodzić w swetrze przeznaczonym specjalnie dla kogoś. Nie, bez przesady! Po prostu chcę być pewna, że książka będzie się odpowiednio czytać: lekko i przyjemnie, będzie prowokować lub wzbudzi jeszcze inne emocje. Tak sobie to tłumaczyłam, rozsiadając się wygodnie w fotelu z książką. „Nie mogę się doczekać… Kiedy wreszcie pójdę do nieba”
O rany, że też przeoczyłam podtytuł. Chwilę zastanawiałam się, czy obdarowany nie będzie doszukiwał się jakichś aluzji. Tymczasem Elner Shimfissle spadła z drabiny i straciła przytomność. I od tego zdania nie śledziłam już swojego pokręconego toku myślenia tylko przeniosłam się do Elmwood Springs.
Wiadomość o nieszczęśliwym upadku starszej kobiety obiegła okolicę z niebywałą szybkością. Kto zostawia drabinę w zasięgu wzroku starszej, samotnie mieszkającej kobiety, którą zbyt często nachodzi ochota na zrywanie fig? ” Szłam do pracy-mówiła – kiedy usłyszałam głośne brzęczenie bzz, bzz, bzzzzz, więc spojrzałam w górę i zobaczyłam, jak Elner odrywa się od czubka drabiny, a potem….Trach! Bum! Spadła na ziemię. Dobrze, że ma taki ciężki tyłek, bo w locie nie wywinęła kozła ani nic, tylko poleciała prosto jak tona cegieł”.
Całe szczęście, że relacji fryzjerki Tot nie słyszała znerwicowana siostrzenica Elner. Norma była mistrzynią scenariuszy najczarniejszych z czarnych. „Verbena powiedziała, że ona zawsze wypatruje znaków, cudów i dziwów, i Norma z chęcią poczytałaby cokolwiek za omen, lecz dotąd niczego takiego nie widziała. Gdyby teraz, w drodze do cioci Elner zginęła w wypadku, epitafium na jej nagrobku brzmiałoby następująco: TU SPOCZYWA NORMA WARREN MARTWA, LECZ WCIĄŻ W ROZTERCE”
Poruszone miasteczko czeka w napięciu na wieści o stanie Elner. Ruby postanowiła zająć się porządkami w domu starszej pani i znajduje rewolwer ukryty w koszu z bielizną. Po co staruszce broń? Tymczasem Elner wysiada z windy i spotyka swoją zmarłą siostrę. Jej jedynym zmartwieniem jest to, że ma na sobie stary szlafrok. Czy pozna wreszcie odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania?
To niezwykle ciepła opowieść o codzienności, przemijaniu i godzeniu się z rzeczywistością. Poruszająca tematykę śmierci i tego, co po niej w sposób prosty, ale nie infantylny. Nakłaniająca do uważnego przyglądania się kolorom rzeczywistości, do zwyczajnego zatrzymania się. A tych, którzy nadal się wahają czy sięgnąć po tę książkę zachęcam do (od)czarowania książkowej rzeczywistości. Podobno nieustannie czytamy te same książki o tej samej tematyce. Może warto sięgnąć przynajmniej po jedną, po którą byśmy nie sięgnęli?